Wiem co trzeba zrobić aby naprawić gospodarkę, aby ją ruszyć z posad. Aby ludziom żyło się coraz dostatniej :). Odkrywałem to powoli zbierając swoje doświadczenia jako uczestnika rynku. Będąc czas jakiś pracownikiem widziałem tylko swoją "wypłatę" i nie miałem motywacji, aby zrozumieć z czego wynika, z jakiego systemu podatkowego wypłynęła. Od razu uprzedzam, że nie chodzi o wysokość podatków. Kiedy przyszedł czas na firmę, zacząłem od bankructwa i oczywiście było ono efektem mojej infantylnej wiedzy i błędów. Choć jasne jest dla mnie, że "dorżnęło" mnie Państwo. Zus-y za pracowników i podatki są jak gilotyna... z kontrahentami można sie dogadać natomiast Państwo ma grację 100 tonowego głazu.
Ale to też drugorzędna sprawa, bo dorżnęło mnie coś ukrytego przed oczami większości z nas, coś co deformuje cały proces gospodarczy nie tylko w Polsce. Oczywiście, sprowadzenie tego do jednej zasady jest uproszczeniem na potrzeby krótkiego tekstu. De Soto np. napisał cała książkę o wpływie braku stabilnych i jasnych uregulowań własnościowych na arcyważną rzecz dla gospodarki jaką jest kapitalizacja.
A chodzi właśnie o kapitalizacje na każdym poziomie, pracownika z średnią krajową, managera z wysoką krajową czy przedsiębiorców.
Ja, żeby to poczuć i zrozumieć potrzebowałem 20 lat doświadczeń i ponad 100 razy zagrać w grę Roberta Kyosakiego "Cash Flow". Na pierwszy rzut oka, gra przypomina słynny monopol, ale tylko przypomina. Też plansza, też kostka, ale karta zapisu księgowego to już zupełnie inny świat. Jest na niej coś, co na początku sprawia kłopot każdemu nowemu graczowi. Mianowicie pojęcie "wypłata", która jest czymś innym niż to do czego nas przyzwyczajono. "WYPŁATA" to nie to co nam "wypłacono", lecz to co zostało po przeżyciu miesiąca. Bo przecież aby przeżyć musimy! ponieść pewne nie do ominięcia koszty!
Wypłata w tej grze jest czymś zupełnie innym. Jej wartość uzyskujemy dopiero po odjęciu od zarobków wszystkich kosztów w skali miesiąca. Czyli pojęciu „WYPŁATA" staje się równoważne znaczenie pojęcia "DOCHÓD"
Tu zadam pomocnicze pytania aby wyjaśnić do czego zmierzam:
Czy możesz swoją pracę wykonywać bez skarpetek? Albo bez spodni? Nie używając pasty do zębów? Nie śpiąc? Nie jedząc? Dlaczego ustawodawca z jednej strony uznając ustawową konieczność urlopu dla pracownika, nie pozwala uznać kosztów urlopu jako kosztów uzyskania wypłaty?
Co zmieniłoby proponowane przeze mnie podejście? Wszystko! Bo realnie, podatek u nas zwany dochodowym (od dochodu?) jest bliższy podatkowi od przychodu (obrotu). Gdyby pracownik etatowy mógł zaliczyć koszta uzyskania swojej pensji (paliwo, samochód, prąd, woda i wiele innych) to jego "DOCHÓD" byłby bliższy prawdzie. A podatek liczony od realnego dochodu, nawet jak byłby wysoki, to nie zagrażałby nikomu bo i tak by coś zostało.
I tu dochodzę do sedna. Deformując wynaleziony już przez Saracenów podwójny zapis księgowy, zatarto pojecie "dochodu". Polakom praktycznie nic nie zostaje a wielu żyje wciąż na minusie, nie rozumiejąc skąd to sie bierze. Na firmy też zarzucono wiele takich pułapek, np. amortyzacja zamiast zaliczenia inwestycji wprost w koszty, czy VAT od paliwa albo samochodu. Nie mam gotowej recepty na to jak to przywrócić technicznie, ale wiem, że można. (Jeśli politycy mogli to skonstruować, czemu nie można byłoby tego zdekonstruować?). Wiem, wygląda na to, że wielu nie płaciłoby zbyt wiele. Ale to byłoby po pierwsze uczciwe, po drugie ludziom by coś zostawało (sic) i mieliby szansę się rozwijać (czyt. Kapitalizować). W końcu to ludzie są podmiotem, a nie pojęcia takie jak budżet. Idąc dalej, jeśli ludziom zacznie zostawać to, zaczną rosnąć wpływy z podatku, może wreszcie powstanie tzw. klasa średnia? Proszę zwrócić uwagę, że nie wspomniałem o podatkach pośrednich, o akcyzach i parapodatkach... Na prawdę Obywatel w Polsce ma przerąbane!